O pokoleniach, zaufaniu i Slocie

Ola Mazurek, Joanna Broda, Roza Szafranek

Spis treści

Kto tu rozmawia?

Dorota Ogrodzka: Zacznijmy od Was. Kim jesteście? Kiedy słyszycie takie hasła jak: międzypokoleniowość, wolontariat, kultura pracy i wreszcie – Slot, który jest naszym punktem odniesienia, to gdzie Wy jesteście w tej konstelacji?

Róża Szafranek: Prowadzę firmę HR Hints, która zajmuje się kulturą organizacyjną. Pracuję z biznesem, ale także z instytucjami i organizacjami. Pomagamy nazywać rzeczy, które zwykle pozostają nienazwane. Często mówi się, że kultura organizacyjna to coś nieuchwytnego, że „to zależy”, „ludzie są różni”, „każdy jest inny”, „wszystko zależy od sytuacji”. My jednak uważamy, że pewne granice powinny być jasno określone i warto nazwać postawy, których oczekujemy, określić, jakim pracodawcą chcemy być, a jakim nie.

Joanna Frączek-Broda: Ja pochodzę ze środowiska artystyczno-naukowo-wojskowego. To są trzy zupełnie różne światy, które spotkały się w moim życiu.

Przez dwanaście lat szkoliłam żołnierzy Wojska Polskiego przed wyjazdami na misje z zakresu kultury i religii krajów, do których wyjeżdżali. Po narodzinach drugiej córki uznałam jednak, że nie jest to środowisko, w którym chcę dalej pracować i odeszłam “do cywila”.

Jeszcze będąc w wojsku zaczęłam zajmować się badaniami nad kulturą i zauważyłam coś bardzo ciekawego: klasyczne wskaźniki opisujące kultury narodowe zupełnie nie pokrywają się z tym, co obserwowałam u przedstawicieli pokolenia Z. Zaczęłam więc prowadzić własne badania i od trzech lat realizuję projekt dotyczący młodych Polaków i relacji międzypokoleniowych. Efektem jest książka „Międzypokoleniowi. Jak mądrze zainwestować w zawodową współpracę międzypokoleniową”. Jestem doktorą nauk społecznych, a przy tym uwielbiam spać pod namiotem oraz włóczyć się po miejscach, gdzie można umyć się w misce.

Na Slot trafiłam dzięki Wikipedii, która gościła na festiwalu, a ja byłam jej wolontariuszką. W zeszłym roku prowadziłam warsztaty dotyczące różnic pokoleniowych i tego, jak pracować uwzględniając je. Zainteresowanie było ogromne!

Poza tym jestem związana z Fundacją To Help Africa, która buduje szkoły i wspiera społeczności Masajów w Tanzanii – tam również prowadzę badania. Co ciekawe, właściwie nie obserwuje się tam różnic pokoleniowych w takim rozumieniu, jakie znamy. Masajowie żyją bardzo podobnie do swoich rodziców i dziadków, więc nasze kategorie pokoleń zwyczajnie tam nie działają.

Dorota: Od razu mamy bogactwo doświadczeń! Olu, przedstaw się i Ty.

Aleksandra Mazurek: Jeśli chodzi o Slot, to przez kilka lat współtworzyłam krakowską wersję festiwalu. Na “dużym Slocie” też bywałam kilka razy, nie jako organizatorka, tylko uczestniczka. W zeszłym roku badałam na SAF międzypokoleniowość i to wiąże się z drugim wątkiem: pracuję w Stowarzyszeniu Instytut Badań Organizacji Kultury (IBOK). Mój doktorat dotyczył sukcesji w fundacjach rodzinnych w Polsce i Stanach Zjednoczonych. Z wolontariatem jestem związana od około dwudziestu lat, między innymi w harcerskim ośrodku żeglarskim i Slot Kraków, a przez ostatnich kilka lat byłam koordynatorką wolontariatu właśnie w IBOK-u.

Co wyróżnia Slot Art Festival?

Dorota: Ja oczywiście reprezentuję Slot, ale uczestniczę w procesach sukcesyjnych i transformacjach różnych organizacji, które współtworzę. Mam nadzieję, że jest to moment przejściowy, chociaż jednocześnie niezwykle ekscytujący – w Slocie również w nim jesteśmy.

Myśląc o tym, jak dużą i międzypokoleniową, wolontariacką strukturą jest Slot, chciałabym Was zapytać o pierwszy rzut oka: co według Was jest tu najciekawsze? Co jest wartością w tym “organizmie społecznym”?

Róża: To, co zostało ze mną najmocniej, to właśnie pewnego rodzaju „pozabańkowość”. Slot to miejsce, gdzie spotykają się ludzie z bardzo różnych środowisk. Widzę osoby z korporacji, sektora społecznego, kultury, edukacji, bardzo wielu właścicieli firm. Byłam na bardzo wielu konferencjach, różnego rodzaju wyjazdach biznesowych czy sportowych, podczas których mówi się, że wartością jest poznawanie nowych ludzi – natomiast takiego przekroju, jaki jest tutaj, nie ma chyba nigdzie indziej. Myślę, że Slot przyciąga ludzi raczej ze względu na profil ciekawości niż ze względu na to, skąd pochodzą, czym się zajmują czy ile mają lat.

Ola: Dla mnie wyjątkowe jest połączenie pokoleń i wolontariatu. To jest wątek, który wydaje mi się najsilniejszy, szczególnie jeżeli przyglądamy się organizacji „od kuchni”, czyli temu, jak faktycznie przebiegają w niej procesy. Jest taki truizm, który często się powtarza, że wolontariat „buduje mosty”. Uważam, że to kompletna nieprawda. Wolontariat – szczególnie w przypadku Slotu – nie buduje mostów, tylko osusza rzeki – czyli tworzy szerokie przejścia.

Dorota: W jakim sensie? Moja pierwsza reakcja jest taka, że osuszanie cieku wodnego raczej nie jest procesem, który dobrze robi naszemu światu…

Ola: Uwolnijmy się na chwilę od tych konotacji. Historycznie rzeka zawsze była granicą. Pomyślcie o przeprawie przez fosę, kiedy musicie zdobyć miasto. Most jest wtedy strategiczną tętnicą, ale jednocześnie wąskim gardłem, które ogranicza przepływ. Jeżeli ruch ma być naprawdę duży, nie wystarczy wiedzieć, gdzie znajduje się most – on zresztą może zostać zburzony.

Natomiast sytuacja, w której znajdujemy się przez tydzień Slotu (a w przypadku wolontariuszy nawet dwa tygodnie) jest czasem wyrwanym z normalnego kontekstu. Dwudziestoparoletni liderzy zarządzają tu zespołami złożonymi również z osób czterdziesto-, pięćdziesięcioletnich i starszych.

Właśnie dzięki specyfice wolontariackiej współpracy mamy tutaj tak dużą intensywność spotkania. W innych warunkach rzadko jesteśmy w stanie doprowadzić do równie mocnego zetknięcia tych światów. Nie pytamy o wiek czy inne etykiety, tylko o chęci i możliwości działania. Znika bariera – zgadzamy się na wspólne tworzenie tego miasta. Dlatego mówię o osuszonej rzece: brzegi zaczynają się ze sobą łączyć w naturalny sposób, bez szkody dla ekosystemu.

Asia: Dla mnie Slot jest dowodem na to, że możemy mieć synergię i zgodność mimo atomizacji.

Zazwyczaj mówi nam się, że atomizacja i skrajny indywidualizm są zaprzeczeniem kolektywizmu i grupowości. Mamy bardzo pojedyncze „atomiki” ludzkie, z których każdy ma własne marzenia, potrzeby, dążenia. Slot sprawia, że to wszystko nie tyle się homogenizuje, ile zaczyna ze sobą współdziałać. Udowadnia, że można być totalnie różnym – wiekowo, pokoleniowo, mentalnie, osobowościowo, także pod względem wyznania czy światopoglądu – a jednocześnie można się ze sobą znakomicie docierać.

Jeżeli już idziemy w metafory związane z geografią, klimatem i ukształtowaniem terenu, można powiedzieć, że Slot jest jak przepiękna lawina. Jest w niej drobny piasek, wielkie kamienie, trochę błota i trochę wody – i to wszystko razem porusza się w jednym kierunku. To jest fantastyczne – i właściwie nigdzie indziej czegoś takiego nie widzę.

Drugi mój wniosek jest taki, że Slot nie tylko otwiera – jak mówiła Róża – i pozwala przekraczać bańki. On otwiera nowe bramy. Mamy osoby młodsze i starsze: starsze otwierają się na młodsze, a młodsze mają możliwość zobaczenia znacznie szerszego wachlarza zachowań i sposobów komunikacji. W innych miejscach często nie mogą pozwolić sobie na taką otwartość, bo stają się wtedy vulnerable – podatni na zranienie, odsłonięci. Slot daje przestrzeń, żeby tego spróbować.

I tutaj dochodzę do trzeciej rzeczy, która może brzmieć trochę głupio: na Slocie nie ma alkoholu. To sprawia, że możemy testować tę otwartość w bezpieczniejszych warunkach. Nasze „atomy” mogą poruszać się razem w tej lawinie bez tak dużego ryzyka. Możemy w znacznie większym stopniu otwierać się na idee i doświadczenia, których wcześniej nie znaliśmy. Dla mnie jest to więc trzypunktowy system.

Byliśmy na Slocie z piętnastolatkiem. Jemu nagle otworzyły się oczy na to, że obcy ludzie mogą ze sobą rozmawiać. Że można podejść do kogoś z chęcią pomocy bez ryzyka bycia wyśmianym czy skrytykowanym. I ten mały „atomik” dołączył do dużego nurtu, pozostając jednocześnie sobą – chłopakiem z warszawskiego Grochowa.

Dlaczego ludzie chcą się angażować?

Dorota: Zaczęłaś mówić o tym, co umożliwia całe to zjawisko: przekraczanie baniek, osuszanie rzek i tworzenie lawiny. Które elementy wspierają te procesy? Co działa na rzecz współpracy międzypokoleniowej?

Asia: Na początku wydawało mi się, że chodzi o jakiś wspólny, ustalony kodeks. Potem zrozumiałam, że jeśli on jest, to raczej wypraktykowany, niż spisany. Teraz uprościłabym to mówiąc, że chodzi przede wszystkim o zaufanie.

Slot na samym początku robi coś, co jest całkowicie kontrintuicyjne z perspektywy polskiej kultury i powiedziałabym, że jest nieco skandynawskie: daje każdemu białą kartę i obdarza go pełnym zaufaniem. W polskiej kulturze często działamy odwrotnie: wolimy dać tysiąc instrukcji, zasad, nakazów i zakazów, a jeśli okaże się, że ktoś któreś z nich przekroczył, to go za to karzemy. Jeśli uda mu się prześlizgnąć, to może dostanie odrobinę ufności.

Dla mnie Slot opiera się nie na narzuceniu zasad, a na zaufaniu, które dostajesz bez żadnych wymagań. W połączeniu z brakiem alkoholu, który mógłby powodować agresję, podejrzliwość czy przemoc – to sprawia, że najzwyczajniej w świecie zaczynamy dopasowywać się do systemu, w którym obowiązuje zasada: jeżeli ktoś mi ufa, to ja nie chcę zawieść tego zaufania.

Dorota: A jak Twoim zdaniem jest ono wyrażane? Jako osoba, która kilka lat temu przyjechała tutaj po raz pierwszy – w jaki sposób je poczułaś?

Asia: Pierwszym bardzo konkretnym przejawem zaufania były dla mnie stacje ładowania telefonów. Nie takie, gdzie oddajesz komuś telefon do ładowania, tylko to, że ludzie po prostu zostawiają swoje rzeczy. Ktoś kładzie telefon i on tam zostaje. To było dla mnie pierwsze mocne doświadczenie kultury zaufania.

Dalej sama dostępność obiektu. Ufamy ludziom – często bardzo młodym, którym w naszej kulturze powtarza się zwykle „Nie rób”, „Nie ruszaj”, „Nie dotykaj”– że nie zniszczą tego niesamowitego zabytku. Tutaj mówi się: „Wiesz co? Zrób tak, żeby po Tobie nie było śladu, kiedy wyjdziesz. Bądź tu najlepiej, jak potrafisz, z tym miejscem i z innymi”. Nikt z góry nie zakłada, że ktoś będzie oszukiwał, że będzie mieć złą wolę albo wykaże się nieuważnością.

Rozwijając kwestię picia alkoholu: obok terenu festiwalu jest karczma, w której można kupić piwo, podobnie jak w lokalnych sklepach. I ludzie to czasem robią – a jednocześnie nie widzę, żeby ktoś przed bramą kazał dmuchać w alkomat. Zamiast tego ufa się ludziom, że sami podejmą decyzję, czy są na tyle trzeźwi, żeby wejść na teren Slotu, czy może powinni jeszcze pójść na dłuższy spacer.

Jest też zaufanie w codziennych, drobnych rzeczach. Ludzie pożyczają sobie różne przedmioty. Nie mają kłódek przy namiotach, nie zamykają wszystkiego na klucz. A jeśli coś zgubią, zakładają, że to się znajdzie. Widziałam osoby przy punkcie rzeczy znalezionych, które przychodziły sprawdzić, czy ich zguba już tam jest. Jeśli jeszcze jej nie było, wzruszały ramionami i wychodziły z przekonaniem: „OK, to na pewno znajdzie się jutro”. I to również wydaje mi się kontrintuicyjne w polskiej kulturze.

W tym właśnie sensie Slot daje wszystkim na początku białą kartę. Tak jakby mówił angażującym się w niego ludziom: “Nie interesuje mnie, kim jesteś. Nie interesuje mnie, skąd przybywasz, z jakiej jesteś grupy czy z jakiej bańki. Interesuje mnie to, czy potrafisz funkcjonować w naszej kulturze. A jeśli tak – proszę bardzo, działaj”.

Jak się dogadać z innymi pokoleniami?

Dorota: Chciałabym namówić Was na refleksję dotyczącą wolontariatu międzypokoleniowego. Jak to się dzieje, że – oczywiście mimo różnych napięć – osoby osiemnastoletnie potrafią dogadywać się z sześćdziesięcioletnimi?

Asia: Wiesz, w samym wolontariacie też jest mnóstwo zaufania już na starcie. Po pierwsze: zakładasz, że nikt Cię nie skrzywdzi. Po drugie: jeżeli wydarzy się coś złego, wiesz, do kogo możesz się zwrócić. Po trzecie: wiesz, że społeczność stanie w Twojej obronie, jeżeli ktoś przekroczy granicę. I to właśnie w wolontariacie widać bardzo mocno.

Róża: Pamiętam nasze rozmowy o definiowaniu kultury organizacyjnej Slotu. Są dwie rzeczy, które zwróciły wtedy moją uwagę i cały czas do mnie wracają.

Pierwsza to taka “uważność na narrację”. Pamiętam sytuacje, w których Wasza grupa była w stanie przez piętnaście minut zastanawiać się nad tym, czy dane słowo jest właściwe. Jest w Was świadomość, jak ogromne znaczenie mają słowa. Jeśli powiemy na przykład: „to jest konflikt pokoleniowy” to może być to zbyt mocne i modelujące określenie. Nie chodzi oczywiście o narrację rozumianą jako propaganda, raczej o dbałość o to, jak nazywamy rzeczy i jak się komunikujemy.

Druga rzecz to ciekawość. Kiedy zaczynaliście zajmować się tematem międzypokoleniowości, bardzo interesujące było dla mnie to, w jaki sposób się za to zabraliście. Bo pomimo tego, że widzicie różnice pokoleniowe, nie traktujecie ich automatycznie jako problemu. Raczej jako coś, czemu warto się przyjrzeć. Pytacie: “co jest barierą lub nie działa? W jakich konkretnych sytuacjach doświadczamy za to satysfakcji? Z czego to wynika? Sprawdźmy, jak rzeczywiście sprawy się mają. Spróbujmy zrozumieć to, co jest naszym zasobem lub trudnością”.

Widzę to szczególnie w zestawieniu z tym, z czym często spotykam się w swojej pracy. Pracuję z właścicielami firm, którzy potrafią wydawać osądy i oceny, zanim jeszcze cokolwiek zrozumieją. Muszą być szybcy. Są nauczeni, że decyzje trzeba podejmować szybko, że trzeba budować status, trzeba być mocnym. To jest wyuczone.

A tutaj mówi się raczej: „Popatrzmy na to. Jeszcze nie wiemy, co to jest. Nie mamy jeszcze aparatu, żeby to dobrze opisać. Nie wiemy nawet, jakich narzędzi użyć”. Ta ciekawość w podchodzeniu do problemów jest czymś, co widzę zarówno w budowaniu przez Was programu festiwalu, jak i w postawach. I myślę, że to bardzo otwiera i pomaga spotykać się w różnicach, także różnicy wieku.

To jest też związane z tym, co Asia powiedziała o nieocenianiu. W kontekście międzypokoleniowym jest to szczególnie ważne, bo sama kategoria „pokolenia” może sprzyjać wzajemnemu ocenianiu czy porównywaniu się. Łatwo powiedzieć: „starzy są tacy”, „młodzi są tacy”. Mam natomiast wrażenie, że w Slocie bardzo ostrożnie używa się takich kategorii i generalizacji.

W jaki sposób różne pokolenia współtworzą Slot?

Dorota: Olu, spośród obszarów, o których tutaj rozmawiamy, wolontariat jest tym, którym zajmujesz się w największej mierze. Co Twoim zdaniem działa w kontekście międzypokoleniowego wolontariatu w Slocie?

Ola: Pierwsza rzecz to ciągłość. Czyli to, o co tak bardzo walczycie każdego roku: żeby Slot trwał.

Prowadząc obserwacje w kafejce, byłam świadkiem rozmowy z dziewczyną, która powiedziała: „Ja jestem teraz piętnasty raz na Slocie”. Ktoś spojrzał na nią i zapytał: „Ej, ale Ty ile masz lat?”. „Piętnaście”. Czyli pierwszy raz była na Slocie jako małe dziecko z rodzicami, i przez te wszystkie lata regularnie uczestniczyła w festiwalu. To ją ukształtowało.

Wolontariat jest realizowany w taki sposób, że ludzie przyjeżdżają całymi rodzinami – ja sama z mężem zastanawiam się w tym roku, kto z nas będzie w wolontariacie, a kto będzie uczestniczyć. Jeżeli kulturę ciągłości rozciągamy na rodziny, przyjaciół i całe nasze środowiska, to międzypokoleniowość zaczyna dziać się właściwie sama. Nie jest czymś, o co trzeba specjalnie zabiegać. Ona po prostu jest.

Druga rzecz dotyczy motywacji. Zawsze jeży mi się włos na głowie, kiedy słyszę o „motywowaniu wolontariuszy”, bo dla mnie jest to jak “chłodzenie śniegu”. Wolontariusze już są zmotywowani! Nie musimy ich motywować.

Jeżeli zaczynamy to robić, to znaczy, że właściwie nie mamy wolontariuszy, tylko pracowników, którym po prostu nie płacimy – a to jest najgorsza możliwa sytuacja. Istnieje takie podejście, według którego “motywowanie jest substytutem sensu”. Jeżeli nasza praca nie ma sensu, zaczynamy bawić się w motywowanie. Dla każdego może on być czymś innym, ale to sens skupia wolontariuszy i sprawia, że dają z siebie wszystko, co mogą, ponieważ widzą w tym wartość.

Dorota: To, co powiedziałaś bardzo skojarzyło mi się z poczuciem sprawczości. Każdy może na tym festiwalu działać na rzecz czegoś, co jest ważne właśnie dla niego, coś sobie realizować albo zapewniać.

Ola: To jest właśnie ten osobisty sens. Ktoś może przyjeżdżać, bo chce, żeby Slot trwał – może przez ostatnich dziesięć lat nie miał czasu tutaj być, ale nadal chce wspierać festiwal w każdy możliwy sposób. Ktoś inny przyjeżdża, bo zależy mu na spotkaniu ze znajomymi z różnych części kraju. Powód jest wtórny, w konkretnym czasie i kontekście będzie dla każdego trochę inny. Ale właśnie głębokie poczucie sensu u każdego sprawia, że wolontariat – także w ujęciu międzypokoleniowym – ma prawo istnieć.

Asia: Jedyne, co musimy zrobić, to tych wolontariuszy nie zdemotywować…

Ola: Przede wszystkim musimy dowiedzieć się, jaki sens ma to działanie dla każdego. Bo wtedy jesteśmy w stanie z motywacją i poczuciem sensu pracować. Nie tworzyć ich, tylko z nimi pracować.

Jak wspólnie działać mimo różnic?

Dorota: Ludzie rzeczywiście są zmotywowani i chcą tutaj być – ale mają różne powody. A jednocześnie muszą dogadać się i razem stworzyć kafejki, rozłożyć kable, zrobić program. Jak pomagać ludziom współpracować, nawet jeśli mają różne sensy i różne powody zaangażowania?

Róża: W moim doświadczeniu zawodowym widzę dwie powtarzalne rzeczy, które pomagają budować sens i jednoczyć ludzi wokół niego. I wydaje mi się, że obie są obecne na Slocie. Pierwsza to jasność zasad. Nie chodzi o ręczne sterowanie ludźmi i mówienie im dokładnie, co mają robić na każdym kroku, ale o klarowne ramy. My często mówimy, że dolną granicę kultury organizacyjnej wyznacza najgorsze zachowanie, które liderzy są gotowi zaakceptować. Czyli odpowiedź na pytanie: co akceptujemy, a czego nie akceptujemy? Alkohol jest pewnie dobrym przykładem, niszczenie obiektu również. Mamy więc jasne reguły, w ramach których można się swobodnie rozwijać i poruszać. One działają niezależnie od tego, ile masz lat – granice są po prostu nieprzekraczalne.

Druga rzecz, o której powiedziałabym w kontekście budowania sensu, to regularny update – przypominanie sobie, po co właściwie to wszystko robimy. Z mojego doświadczenia współpracy z trzecim sektorem wynika, że często to, co robimy na bieżąco, jest tak ważne, że operacyjność i codzienna bieżączka zaczynają nas całkowicie pochłaniać i wtedy za mało jest tej aktualizacji na głębszym poziomie. A jeśli już się pojawia, to często w formie jednego wielkiego wydarzenia: raz na dwa lata wychodzi szefowa fundacji i mówi: „Tak naprawdę jesteśmy tutaj po to, żeby…”. I ludzie nagle się rozglądają i myślą: „No może… rzeczywiście!”.

Pojawia się też trzecie zjawisko: coś, co nazwałabym niską statusowością. Mam wrażenie, że jest to jedna z mocnych stron Slotu: jest tutaj stosunkowo mało gry statusem. Na przykład: mam trzydzieści lat i zarządzam sześćdziesięcioletnim wolontariuszem. Kluczowe jest, czy słucham tej osoby, która pracuje w moim zespole, kiedy do mnie mówi, czy przemawiam wyłącznie z pozycji władzy? W Slocie jest dużo słuchania i mało komunikatów w rodzaju: „Ja jestem starszy, więc wiem lepiej”.

Asia: W swoim tekście pisałam o motywacji i rekomendacjach: o odpowiednim komunikowaniu się, wyrażaniu uznania, dobieraniu odpowiednich zadań dla grup. Ale kiedy mówimy o poczuciu sprawczości i o tym, co nas wewnętrznie napędza, chodzi o trochę inne rzeczy. Wydaje mi się, że kluczowe jest tutaj indywidualne – i właściwie ponadpokoleniowe – rozpoznanie tego, co dla konkretnej osoby jest wyzwaniem i co może dać jej satysfakcję. Dla menedżerki, która na co dzień pracuje w zachodniej korporacji i jest otoczona masą zasad, wyzwoleniem na Slocie może być na przykład to, że jako wolontariuszka czyści sanitariaty i może wreszcie popracować fizycznie. Dla młodego chłopaka, który właśnie wszedł w okres dojrzewania, takim źródłem wewnętrznej mocy i satysfakcji może być odkrycie, że ma jakiś konkretny talent. Dajemy mu więc zadanie, w którym może go wykorzystać. Dla kogoś innego – na przykład rodzica, który na co dzień zajmuje się trójką dzieci – odpoczynkiem może być odkrycie zupełnie innej roli, siebie w nowym kontekście.

Mam więc wrażenie, że sednem tego przełamywania rutyny jest pytanie, na ile możemy zrezygnować z pewnych zasad i codziennych rytuałów, które obowiązują nas w normalnym życiu? Slot pozwala nam w dużym stopniu uciec od codziennych wyobrażeń o sobie. A poczucie sprawczości bierze się między innymi z tego, że możemy odkrywać siebie na nowo.

Ola: A ja jeszcze wrócę do różnic. Narracja dotycząca różnic często jest w jakiś sposób negatywna: są one „problemem do zaopiekowania”. A mam wrażenie, że w międzypokoleniowych zespołach, takich jak Slot, robicie z różnorodności coś pozytywnego. Mówicie właściwie: „OK, będzie nas więcej, będzie ciekawiej, będzie lepiej”. I już sama ta narracja zmienia optykę. Każdy jest inny i właśnie z tego może powstać mozaika.

Druga rzecz: Festiwal taki jak Slot ma bardzo bogatą ofertę zaangażowania dla wolontariuszy. Doliczyłam się chyba siedemnastu różnych możliwości – ekip, obszarów, rodzajów zadań. Jak na jedną organizację, taka różnorodność oferty wolontariackiej jest naprawdę imponująca.

Wydaje mi się więc, że jeśli chcemy godzić różne sensy, musimy przede wszystkim o te sensy pytać. I to jest bardzo trafne, ale też bardzo trudne. W badaniach wielokrotnie pytałam ludzi: „Jaka jest Twoja motywacja?”. I często dostawałam odpowiedzi, które niewiele mówiły. W pewnym momencie zaczęłam więc pytać: „Jaki sens widzisz w swojej pracy?” I tu przychodziły odkrycia, głębsze refleksje – ale też nie od razu, trzeba było tworzyć przestrzeń do ich wyłaniania się. Jeśli chcemy zadawać pytania, musimy jeszcze mieć czas, żeby wysłuchać odpowiedzi. I ten brak, pośpiech jest chyba chorobą naszych czasów – szczególnie w organizacjach, które nie mają pieniędzy ani zasobów, a mimo to robią świetne rzeczy.

Trochę rozwiązujecie ten problem poprzez indywidualne zapraszanie ludzi. W Slocie zaangażowanie działa tak, że ktoś dzwoni do znajomej osoby i mówi: „Widziałam Cię, znam Cię, chcę, żebyś była z nami. Przyjedź. Chcę, żebyśmy razem działali. Jest takie miejsce i widzę właśnie Ciebie w tej roli, bo wiem, co lubisz i co jest dla Ciebie ważne”. Nie tyle „rekrutujecie”, co “zapraszacie”.

Dorota: Podoba mi się to, co mówisz o rekrutacji, bo często się śmiejemy, że mamy tysiące świetnych stanowisk i wszystkie są dokładnie tak samo płatne – równe zero.

Róża: I dajecie potem premię trzysta procent podstawy!

Dorota: I dodatek stażowy też liczymy procentowo!

Po co nam wielopokoleniowe wspólnoty?

Dorota: Międzypokoleniowość w ostatnim czasie bardzo często pojawia się w kontekście różnego rodzaju wskaźników czy sposobów myślenia o projektach. Ale kilka lat temu w samym Slocie mieliśmy bardzo dużo – wcale niełatwych – rozmów o tym, czy my właściwie chcemy być festiwalem międzypokoleniowym?

Istniały różne frakcje… Były osoby, które mówiły: „Nie, to jest zły kierunek. Dzieciaki się wszędzie pałętają, pole namiotowe zamienia się w piknik dla rodzin, nastolatkowie nie mogą się odnaleźć, bo wszędzie są kaszojady…”. Ale były też osoby, które zaznaczały: „To jest kluczowe. Właśnie o to chodzi. To musi się dziać, bo w naszym społeczeństwie jest bardzo mało miejsc, w których spotkanie może wydarzyć się w tej formie”.

Toczyliśmy spory i wymienialiśmy wtedy różne argumenty – a teraz jestem bardzo ciekawa Waszych. Dlaczego międzypokoleniowość jest ważna? Po co tworzyć wydarzenia, które tę międzypokoleniowość dowartościowują? Po co ją wspierać w społeczeństwie, które przecież samo w sobie i tak jest międzypokoleniowe.

Ola: Mówi się, że kiedyś cała wioska dbała o wszystkie dzieci. Wielopokoleniowość jest czymś bardzo pierwotnym i naturalnym. Mam wrażenie, że w takich miejscach jak Slot po prostu pozwalamy się trochę tej naszej naturze ponieść. I wiemy, że jeśli wypuszczamy dzieciaki z pola namiotowego na teren festiwalu, to nic im się nie stanie, ktoś zawsze zareaguje – bo odpowiedzialność jest wspólna. Wszyscy dokładamy się do tej wioski, a ona bardzo dużo daje nam wszystkim.

Asia: Ta różnorodność – a szczególnie międzypokoleniowość – na Slocie ma jeszcze drugą wartość.

W społeczeństwie jedynaków zanika umiejętność komunikowania się z małym człowiekiem. Mam wrażenie, że wszystkie określenia typu „kaszojady” często biorą się właśnie stąd, że nie mamy kontaktu z dziećmi. A jeśli już mamy, to często wyłącznie w przestrzeni publicznej, w sytuacji, w której dziecko jest na przykład przebodźcowane i właśnie dlatego płacze czy krzyczy. Nie widzimy natomiast tego samego dziecka w tych wszystkich pozostałych, fantastycznych momentach.

Cały czas mówimy o tym, jak nauczyć starszych funkcjonowania z zetkami czy alfami. Jak otworzyć starszych na młodszych, a młodszym pokazać, że boomer to też człowiek. Natomiast nie mówimy o bardzo istotnym aspekcie Slotu: dla wielu osób może to być jedyny moment w roku, kiedy przez kilka dni żyją bardzo blisko człowieka, który ma mniej niż metr wzrostu i inaczej radzi sobie ze swoimi emocjami.

Dla wielu młodych wolontariuszy, którzy sami są w okresie intensywnego rozwoju i układania sobie świata, Slot może być jedną z niewielu okazji do zauważenia, że istnieją ludzie jeszcze mniej dojrzali emocjonalnie od nich, którzy naprawdę potrzebują ich pomocy i wsparcia. Młody człowiek może nagle zobaczyć samego siebie w lustrze tych dzieci i dzięki temu odkryć własną dojrzałość.

Na festiwalu była młoda wolontariuszka, gotka – bardzo mrocznie wyglądająca postać. Podeszło do niej zagubione dziecko. Usmarkane, zapłakane i mało zachęcające dla kogoś, kto nie jest jego rodzicem. I po prostu przykleiło jej się do nogi. Ona na początku spanikowała, kompletnie nie wiedziała, co z tym fantem zrobić – a potem w pewnym momencie jej skorupa pękła. Było widać, jak ogromna zmiana w niej zachodzi. Jakby wyrastały jej skrzydła i nagle docierało do niej, że to właśnie ona jest osobą odpowiedzialną. Być może wcześniej myślała o sobie jako o kimś, kto nadal jest właściwie dużym dzieckiem – a tutaj odkryła w sobie zupełnie nowy, międzypokoleniowy wymiar. Teraz to ona jest starszyzną.

Myślę, że właśnie coś takiego daje nam Slot: we wszystkie strony możemy odkrywać siebie w nowych pozycjach: wiekowych, pokoleniowych, społecznych. Możemy zobaczyć, gdzie sami się znajdujemy w tej społecznościowej układance.

Co daje wielopokoleniowość w organizacjach?

Dorota: A co międzypokoleniowość daje organizacjom?

Róża: Dla mnie bardzo ważny jest temat sukcesji. Jeżeli patrzymy na organizacje europejskie, na przykład angielskie czy niemieckie, mają one pewien przywilej: zdarzają się tam organizacje funkcjonujące od siedmiu czy ośmiu pokoleń. W Polsce nie mieliśmy takiej możliwości, nasze przedsiębiorstwa dopiero zaczynają dochodzić do momentu, w którym pojawia się “drugie pokolenie” czyli pierwszy rzeczywisty sukcesor – rodzinny albo menedżerski.

Właśnie drugie pokolenie ma często najtrudniej. Dorasta w cieniu założycieli. Często czuje się od nich słabsze, a jednocześnie bardzo dobrze widzi koszty, jakie ponieśli założyciele i niekoniecznie chce ponosić je samo. Odmowy sukcesji bardzo często zdarzają się właśnie w drugim pokoleniu.

Slot jest jedną z niewielu organizacji, które właściwie już są zarządzane przez drugie pokolenie. Nie jest to więc typowy przypadek, z którym spotykam się w swojej pracy: fundator albo osoba budująca organizację dochodzi po trzydziestu latach do zakrętu i mówi: „Wszystko stoi na mnie. Z jednej strony nadal mam pasję i chcę to robić. Z drugiej strony zaczynam już nienawidzić tej organizacji, bo jestem nią zmęczony. A jednocześnie wiem, że jeśli mnie zabraknie, wszystko się rozsypie”. Brak sukcesji może organizację naprawdę zabić: nestor odchodzi, wiedza nie zostaje przekazana i pojawia się ogromny problem. Potrzebujemy nowych pokoleń, które będą się uczyły – dzieci siedzących na kolanach zarządzających rodziców, które w naturalny sposób obserwują, jak to wszystko działa.

W Slocie widzę ciągłe włączanie kolejnych osób w cykl życia organizacji. Odnawiacie skład zarządzający, a jednocześnie pozostajecie w kontakcie z ludźmi, którzy zakładali Slot dawno temu. Z jednej strony mamy “dzieci siedzące na kolanach rodziców”, z drugiej – te biegające wszedzie „kaszojady”, które po prostu wychowują się w kontekście działań i chłoną ich atmosferę, a z trzeciej – ludzi, którzy widzą, że łączenie życia z zarządzaniem organizacją może wyglądać na różne sposoby.

Ola: Sukcesja nie jest tylko kwestią sukcesorów. Jest również kwestią „ducha seniora”, który nadal unosi się nad organizacją i nie potrafi odpuścić, nie chce oddać władzy albo nie potrafi tego zrobić – i pogodzić się z tym, że jego rola się zmienia.

Przy krakowskiej wersji Slotu mieliśmy w tym obszarze dobre doświadczenie – i to właściwie jedyny przypadek, który widziałam, kiedy ten proces nie skończył się źle. W pewnym momencie jedna z osób ze starszej ekipy powiedziała: „Dostałem już od tego miejsca wszystko, czego potrzebowałem. Robię krok w tył. Teraz jest Wasz czas”. Taka dojrzałość, samoświadomość oraz głęboka refleksja liderów starszego pokolenia sprawiają, że pojawia się przestrzeń dla młodych. Slot jest jednym z niewielu miejsc, gdzie to przekazywanie odbywa się w sposób w miarę naturalny, stosunkowo spokojny i zgodny.

Asia: Wydaje mi się, że chodzi również o otwartość starszych na nowe i inne sposoby działania, pewien rodzaj pokory. Młodsza osoba może przyjść i powiedzieć: „Słuchaj, ale to można zrobić inaczej. Można zrobić to lepiej. Są teraz takie narzędzia. Słyszałem o takim rozwiązaniu”. W dobrym wariancie rozwoju organizacji pojawia się gotowość do eksplorowania tych nowych możliwości.

W firmach często widzę coś odwrotnego: obawę, hermetyczność, zamknięcie. A Slot daje młodym wysłuchanie i empatię. Założyciele i osoby zarządcze Slotu nie funkcjonują na zasadzie: „My wszystko wiemy najlepiej”. Raczej mówią: naszym celem jest Slot, społeczność i stworzenie tego wydarzenia. Celem nie jest utrzymanie za wszelką cenę mechanizmu działania, który znamy od lat.

Trudno jest zbudować własną wielkość od zera, kiedy jest się drugim pokoleniem. Cała historia „od pucybuta do Rockefellera” jest właściwie niemożliwa, kiedy jesteś spadkobiercą. Nie ma możliwości przejścia własnej drogi i wykazania się w taki sam sposób jak założyciel. Z drugiej strony sukcesor często patrzy na organizację wtedy, kiedy wszystko już jest duże, fajne i dobrze działa. Nie widział wszystkich wcześniejszych wpadek albo widział ich niewiele, całego procesu powstawania organizacji i że zaczynało się od zera.

Slot ma coś bardzo ciekawego: nie jest tylko organizacją, która się replikuje – jest organizmem, który co roku odtwarza się na nowo. Oczywiście istnieją już pewne mechanizmy i doświadczenia, ale każdego roku kolejne osoby są zapraszane do dyskusji o tym, jak stworzyć tegoroczny Slot. Tak jak mówiłaś o dyskusji dotyczącej dzieci – to była prawdziwa dyskusja. Dzięki temu każdy nowy człowiek i każde nowe pokolenie ma szansę naprawdę stać się współtwórcą Slotu, a nie tylko odziedziczyć gotową konstrukcję.

Czego życzyć Slotowi?

Dorota: Slot właściwie zaczyna już być trzypokoleniowy. I zapewne w kolejnych latach zacznie się ujawniać, czym dla Slotu jest ta sukcesja. Chciałam Was zapytać teraz właśnie o perspektywę przyszłości. Czego życzyłybyście Slotowi w kontekście sukcesji, międzypokoleniowości i kultury organizacyjnej?

Asia: Życzę Slotowi, żeby – nawiązując przewrotnie do wcześniejszej metafory Oli – pozostał trochę jak woda w rzece. Żeby był w ciągłym ruchu, a jednocześnie nadal pozostawał tą samą rzeką. Bo siłą Slotu jest jego elastyczność, plastyczność i zdolność do zmiany. Dlatego życzę Slotowi, żeby ciągle się zmieniał. Żeby ta zmiana, która jest jednym z jego wyznaczników, nigdy się nie zmieniła. Żeby zdolność Slotu do adaptowania się i przekształcania pozostała jego stałą cechą.

Ola: Chciałabym Wam życzyć, żeby rozwój instytucjonalny postępował w zgodzie z Wami. Wszystko to, co wiąże się z tworzeniem stałych struktur, przed którymi – mam wrażenie – ten efemeryczny Slot przez długi czas się bronił. A teraz widzę, że coraz więcej rzeczy zaczyna mieć charakter stały. To już nie jest wyłącznie „trzecia przestrzeń”, ale dla części osób staje się również pierwszą przestrzenią aktywności zawodowej.

Życzę Wam, żeby – pomimo ograniczeń, które nieuchronnie idą za instytucjonalizacją – nie zgubił się sens. Jestem właściwie spokojna, że sobie z tym poradzicie. Myślę o tym raczej jako o kolejnym ciekawym etapie podróży.

Róża: Ja mam jedno życzenie. Chciałabym, żeby wszystkie te wspaniałe rzeczy, które macie i o których dzisiaj rozmawiałyśmy, w odpowiednim momencie mogły zostać ujęte w jakieś ramy. To jest coś, o czym już wcześniej rozmawiałyśmy. Ciekawość, kreatywność, inspiracja rozwój są bardzo wartościowe. Ale powiem mocno: żebyście się po prostu nie zadyskutowali i nie zainspirowali na śmierć. Istnieje takie ryzyko, że w tych wszystkich dyskusjach i inspiracjach dochodzimy do momentu, w którym ktoś jednak musi wykonać konkretną pracę. I kiedy okazuje się, że robią ją dwie osoby zamiast jedenastu – taka asymetria jest po prostu męcząca.

Życzę Wam więc balansu i ram. Nie takich, które mają kogokolwiek ograniczać, kontrolować czy pilnować. Przeciwnie – takich, które pozwolą Wam realizować to wszystko w sposób zdrowy i możliwy do udźwignięcia. Żebyście mogli zachować te wszystkie wartości, o których dziś mówiłyśmy, a jednocześnie robić to bez nadmiernego obciążania pojedynczych osób.

I żebyście nie bali się kończyć rozmowy. Przychodzi też taki moment, kiedy trzeba ją skończyć i zacząć działać.

Dorota: I to jest chyba ten właśnie moment. Dziękuję Wam!