Dorota Ogrodzka: Lokalność D-I-Y

Kiedy jedziesz trasą numer 94 od strony Wrocławia, kawałek za Środą Śląską skręć w prawo, w kierunku Malczyc. Przekraczasz Odrę, która na tym odcinku wije się krętym strumieniem, nisko w dolinie. Brzegi porośnięte są potężnymi drzewami, ich korony tworzą gęstwinę lasu. Nad doliną, wśród drzew, niespodziewanie pojawiają się dwie strzeliste wieże, a za nimi monumentalna bryła klasztoru. Chwilę później obiekt odsłania się w pełnej okazałości, górując nad polami, szosą i wioską rozciągającą się wzdłuż głównej drogi. Jest olbrzymi, spektakularny, wygląda jak scenografia filmowa, jak wielka makieta, która opowiada historię minionego czasu.

Drogowskazy, które mijasz po drodze, informują za pomocą charakterystycznej brązowej grafiki o tym, że kompleks pałacowo – klasztorny plasuje się w rankingu zabytków wysoko. Wikipedia donosi, że w porównaniu z Wawelem jest dwukrotnie rozleglejszy.

To właśnie tu od osiemnastu lat odbywa się festiwal Slot Art. Jak można przeczytać w materiałach prasowych: „jeden z największych w Polsce festiwali kultury alternatywnej”[1]. Tak zresztą lubimy o nim mówić w gronie organizatorów. Alternatywa kojarzy się bowiem z innością, odmiennością, z wielością możliwych wyborów. Co roku na kilka lipcowych dni wielość ta otwiera się dla tysięcy gości czy raczej – współtwórców. Myślimy o nich w ten sposób, ponieważ model partycypacyjny jest dla nas kluczowy. Przyjeżdżają z różnych stron Polski i świata, by razem mieszkać, bawić się, spotykać, tworzyć, a wcześniej skonstruować festiwal od podstaw[2]. Różnią się wiekiem, wyglądem, miejscem pochodzenia, światopoglądem, powodem przybycia. Przyjeżdżają ze swoimi opowieściami i pragnieniami, z różnymi oczekiwaniami i planami na to, jak spędzić pięć dni świętowania. Jedni chcą czerpać pełnymi garściami z bogatego programu warsztatów, koncertów i debat, innym wystarczy błogie leżenie pod platanem i chłonięcie atmosfery. Jeszcze inni otwierają ze zdziwienia szeroko oczy, gdy widzą wielobarwną mozaikę działań i zdarzeń i płyną – dają się porwać spontanicznej fali swojego zdumienia, oczarowania i trafiają w te zakamarki festiwalowej rzeczywistości, w które aktualnie poniesie ich nurt.

Program to kolaż złożony z drobnych elementów: są tu i zajęcia rękodzielnicze, i nauka gry na instrumentach, i autorskie działania prowadzone przez wyśmienitych artystów, i spotkania rozwojowe. Są wykłady poświęcone sprawom społecznym, politycznym, gospodarczym, są okazje, by porozmawiać z twórcami, intelektualistami, społecznikami. Gospodarzami debat są publicyści i dziennikarze[3], kuratorami wystaw osoby zajmujące się różnymi dziedzinami sztuki i kultury, czasami pasjonaci, którzy sami siebie nazywają amatorami[4]. Muzyczne rusztowanie festiwalu stanowi dziesięć scen rozbrzmiewających niemal przez całą dobę w różnym tonie i rytmie.  W zaułkach klasztoru powstają kawiarnie tworzone przez grupy ludzi przyjeżdżających na festiwal ze wszystkich części kraju. Na ogół to osoby znające się z jakiejś wcześniejszej inicjatywy, z sąsiedztwa, ze szkoły, z uczelni, pracy, z kościoła albo ośrodka kultury. Tu mają możliwość, by zagospodarować kawałek przestrzeni po swojemu, oswoić pocysterskie komnaty, przekształcić przy użyciu własnej wrażliwości i pomysłowości. Powstają mikrocentra kultury o wymyślnych nazwach – klubokawiarnie z własnym repertuarem i charakterem.

Jednak w trakcie Slotu to co w programie niezapisane – klimat, relacje, oddolne i niezaplanowane wydarzenia, coś co powraca wielokrotnie pod enigmatycznym hasłem „atmosfera”, jest chyba nawet ważniejsze od samej przygotowanej struktury. To co się przytrafia, okazuje i wibruje w powietrzu, szczególna aura festiwalu – nie da się tego precyzyjnie zaprogramować, nie można łatwo wskazać i wymienić z nazwiska autorów. Autorem jest zbiorowość, efemeryczna wspólnota, czy może raczej „różnota”[5] ludzi, a także szczególna lokalność, która wytwarza się w Lubiążu także za sprawą przestrzeni.

Lubimy myśleć o festiwalu jak o mieście. Ta metafora okazuje się bardzo trafna i bogata. Nie tylko wskazuje na heterogeniczność zdarzeń, na swoistą dynamikę, ale właśnie na strukturę jej powstawania. W 2017 roku Aleksandra Zając, obejmująca wówczas rolę dyrektorki programowej Slotu, tak pisała we wstępie do Informatora.

Festiwal to święto, to wyjątkowy czas.

Mówimy o odmienności, niezwykłości «Slotu». Że «Slot» to SZCZELINA, alternatywa. Mówimy o atmosferze i ludziach, że tutaj są inni: otwarci, życzliwi, zaangażowani i pomocni. I kiedy «Slot» się kończy, wracamy do «szarej rzeczywistości» i czekamy na kolejny. Nie możemy się doczekać.

A może spróbujmy taki eksperyment spojrzeć na «Slot» jak na zwyczajne miasto. Przecież to nie jest tylko biesiada w środku lasu. Przecież ludzie tu też chodzą do pracy i na zajęcia, odprowadzają dzieci do przedszkola, a po pracy spotykają się ze znajomymi, idą do kina, teatru albo na koncert, a nocami bawią się w klubie. To miasto ma swoje kawiarnie, restauracje, a nawet bibliotekę. 

To nic, że istnieje tylko kilka dni w roku. 

Ono pokazuje, że się DA. Że można żyć, być, patrzyć na swoje otoczenie i ludzi inaczej: otwarcie, życzliwie, z zaangażowaniem i ciekawością. TWORZYĆ I ROZWIJAĆ siebie  i to co wokół. 

To nie musi być enklawa to może być SYMULATOR I PROTOTYP. 

 I kiedy już stąd wyjedziemy, spróbujmy spojrzeć na swoje miasta jak na «Slot». Znajdźmy ich Cynamony i Kalafiory, znajdźmy ich platan, przypomnijmy sobie, gdzie są namioty naszych przyjaciół i spróbujmy umówić się z nimi na bułę. Po prostu. 

Spróbujmy popatrzeć na swoje otoczenie  i ludzi inaczej.  A jeśli tam, gdzie mieszkamy, nie ma kina ani sceny zróbmy sobie «Slot». 

Przecież tu też czasem pada deszcz, też bywamy zmęczeni. Przecież to miasteczko nie przyjeżdża w kontenerach, jak cyrk. To my je budujemy – własnymi rękami, wyobraźnią i relacjami. Ćwiczymy mięśnie, które tutaj pozwalają nam być wolnym, kochać, spotykać się, tworzyć i rozwijać.[6]

Slot jest dla nas realizacją marzenia o lokalności, rozgrywającej się w duchu do-it-yourself. U jego podłoża leży przekonanie, że ludzie są zdolni do tego, by samodzielnie, oddolnie budować nie tylko program warsztatów czy infrastrukturę sceny, ale i społeczność. Nie mamy wątpliwości, że „świąteczność” festiwalu, jego krótkotrwałość i pewne wyłączenie z codzienności, sprzyja takim testom i prototypowaniu. Martin Buber pisał, że „wspólnota jest tam, gdzie zdarza się wspólnota”[7], I dodawał: „Wspólnota to bycie dużej liczby osób już nie obok siebie (i można by dodać, ponad – pod sobą), ale ze sobą. Ta mnogość osób, choć zmierzają one ku wspólnemu celowi, doświadczają jednak wszędzie zwrotów ku innym, dynamicznego postawienia się wobec nich, przepływu od Ja do Ty”[8]. To najbardziej organiczne, a zarazem tak utęsknione doświadczenie relacji Ja-Ty znajduje się w samym sercu starań prowadzących do corocznej organizacji naszego święta. Gdybym miała powiedzieć, po co cały wysiłek programowania i produkcji festiwalu, to wskazałabym właśnie na to przeżycie, o którym pisze Buber.

Z kolei Victor Turner, jeden z najważniejszych antropologów XX wieku, badając społeczności i ich żywotność, wyodrębnił dwa tryby ich funkcjonowania[9]. Pierwszym jest tryb societas, czyli trwała struktura społeczna, ugruntowana, podległa ustalonym prawom i normom, działająca w oparciu o system statusów, hierarchii, regulaminów. Choć na pierwszy rzut oka może się zdawać, że ów stan – mimo, że powszechny – jest z gruntu opresyjny i nienaturalny, to jednak Turner widzi w nim gwarancję przetrwania i pożyteczną możliwość stabilnego rozwoju społeczności. Równocześnie jednak przygląda się trybowi communitas, czyli sytuacji wyjątkowej i niecodziennej, przytrafiającej się danej społeczności w momencie święta, kryzysu, procesu zmian, karnawału, rytuału. Communitas to raczej wspólność, niż wspólnota, szczególny rodzaj energii. Zdaniem Turnera communitas i societas to dwa oblicza tego samego cyklu rozwojowego społeczności. Dla równowagi potrzebne są oba, jedno przegląda się w drugim. Communitas zdaniem Turnera pozwala „sięgnąć granic człowieczeństwa”[10]dopuszcza chwilowe zawieszenie struktury społecznej. To z kolei pozwala na prawdziwe, żywe spotkanie z Innym, na doświadczenie najbardziej organiczne i – by tak rzec – naturalne, pierwotne, jednocześnie często w naszej kulturze zatarte, odległe, trudne do znalezienia w realiach (po)nowoczesnych norm i systemów, które sami tworzymy. Festiwal robimy właśnie po to, by dać sobie szansę na communitas, z przekonaniem, że te kilka dni i niecodzienna przestrzeń mogą dostarczyć inspiracji, napędu i swoistego wzoru, z którego korzystać będziemy po powrocie do swoich kontekstów, miejscowości, obszarów pracy. Jednym z pytań, które zadajemy sobie w Slocie jest to, jak świąteczność przekuć na codzienność. Jak czerpać z communitas na rzecz societas, jak ów prototyp tłumaczyć na realnie działający projekt społeczny. Jak to, co próbujemy praktykować przez kilka festiwalowych dni: zaufanie do zbiorowej kreacji, poszanowanie wolności i odmienności innych, poświęcanie większej ilości czasu na działanie tylko po to, by robić rzeczy z innymi, wreszcie szacunek i wiarę w podmiotowość każdej osoby, przenieść na praktykę życia codziennego. Brzmi to idealistycznie, ale nie chcemy przestawać być idealistami. Współtworząc prototyp, nabieramy siły i nadziei na to, by przenosić podobną energię, poziom otwartości i zaufania poza święto, w nasze lokalności.

Hasłem festiwalu od kilku lat jest myśl „«Sloty» robię komuś i sobie” oraz „«Slot» przez cały rok”. W obu tych formułach chodzi nie tyle o mnożenie festiwalowych wydarzeń, ale o rozprzestrzenianie filozofii działania polegającej na tworzeniu okazji do oddolnych, partycypacyjnych, zdecentralizowanych procesów twórczych. Jest to także zachęta do szukania szczelin w systemie, momentów, gdy możliwe jest communitas, relacja Ja-Ty pozwalająca na szczere spotkanie i doświadczenie bliskości z innymi uczestnikami sfery publicznej, niezależnie od różnic. Skrót SLOT rozwija się jako Stowarzyszenie Lokalnych Ośrodków Twórczych. Festiwal ma być niczym innym jak zasileniem, inspiracją dla przybywających na niego ludzi, którzy sami w sobie stanowią ośrodki twórcze.

Kiedy piszemy o lokalności święta, nie sposób zapomnieć o kontekście, w którym umocowany jest sam festiwal. Tej opowieści nie byłoby bez konkretnego miejsca – przestrzeni fizycznej i społecznej.[11] Jest klasztor ze swoją historią i zabytkowym statusem, ale jest i wieś, która od lat zarówno celebruje jasne strony, jak i znosi trudy imprezy. I choć różne są odcienie tych relacji, bo nie ma co ukrywać, że nie tylko sama słodycz i korzyści płyną z obecności Slotu (i w drugą stronę też), to jednak opisywany przez Bubera styl spotkania jest i tu punktem odniesienia i leży u źródła wzajemności.

Sam początek zakorzeniania się Slotu w Lubiążu to historia niezwykłych zbiegów okoliczności i ludzi, którzy zdecydowali się nawzajem usłyszeć i zrozumieć. W roku 2000 Rada festiwalu stanęła przed decyzją o dalszych losach imprezy. Slot przez pierwsze kilka lat odbywał się w Giżycku, dokąd trafił zaraz po pierwszej, nieformalnej edycji, za którą można uznać zlot znajomych w mazurskich Staczach. Historia pierwszego mazurskiego zlotu (obecna nazwa pojawiła się dopiero później) wybrzmiewa raz po raz, jak mit założycielski. Grupa przyjaciół, spotkała się na polanie, by razem spędzić część wakacji, słuchać muzyki, dyskutować o życiu. Połączyło ich pragnienie praktykowania bliskich relacji i zaplecze chrześcijańskiego światopoglądu, który chcieli wspólnie pogłębiać, podejmując autentyczną refleksję nad tym, co to znaczy być wierzącym członkiem społeczeństwa, nie ulegając przy tym mainstreamowym interpretacjom instytucji religijnych[12]. „Warsztaty” i „wykłady” pojawiały się spontanicznie i oddolnie, gdy ktoś okazywał się ekspertem, gotowym do podzielenia się swoją umiejętnością lub myślą. W odpowiedzi na potrzeby praktyczne powstawała infrastruktura – zalążek miasta. Prysznice tworzono z folii i przedziurawionego węża ogrodowego, a przeciwdeszczowe zabezpieczenia z pomysłowo zamocowanej plandeki. Rok później kolejni znajomi zapraszali swoich znajomych, a grono uczestników powiększało się lawinowo. Pojawiła się możliwość zorganizowania imprezy w twierdzy Boyen i tam Slot odbywał się przez kilka kolejnych lat. Poszczególne obszary festiwalu rozwijały się i formalizowały, choć raczej w duchu wynalazczości niż biurokracji. Kolejne przybywające osoby realizowały swoje pomysły, program obrastał w nowe sytuacje, aż wreszcie u progu 2000 roku twierdza Boyen okazała się za ciasna. „Czuliśmy, że kończy się ten etap gościnności w Giżycku” – wspomina Krzysztof Słaboń, ówczesny i długoletni dyrektor programowy Slotu. „To poczucie było bardzo delikatne i podskórne, raczej intuicyjne.  Tak jakby ubranie, które dostaliśmy i w którym było nam dotąd wygodnie, nagle zaczęło nas delikatnie uwierać, stawać się za ciasne. Mieliśmy wiele wspaniałych relacji na Mazurach, jednak przychodziło wrażenie, że coś już tam wygasa”. Zaczęły się poszukiwania nowego miejsca. Jednym z typów był ośrodek nad rzeką, w okolicach Sanoka. „To miejsce wydawało się dobrym rozwinięciem sytuacji z Giżycka. Większe, z lepszą infrastrukturą, z łazienkami, domkami i amfiteatrem. Krok naprzód, ale tylko jeden, możliwy do wyobrażenia”.

Krzysztof Słaboń wtedy, w 2000 roku, był menagerem zespołu rockowego, z którym trafił m.in. na Dni Lubiąża oraz Dni Wołowa. O istnieniu klasztoru wiedział już wcześniej, od Andrzeja Horyzy, jednego z głównych inicjatorów Slotu, który niby od niechcenia powiedział: „Jak będziesz w okolicy zwróć uwagę na to opactwo. To może być dla nas interesujące”.

Słowo „interesujące” okazało się eufemizmem. Kiedy znaleźli się na terenie klasztoru – Krzysztof Słaboń oraz Grzegorz Kucharczyk, lokalny działacz i jeden z organizatorów Dni Lubiąża – miejsce zadziałało swoją atmosferą. „Puste, ciemne, monumentalne, w pewnym sensie przytłaczające” – mówią obaj. „Trzeba było «wyobrazić» sobie to, co musiałoby się tu wydarzyć, by mógł odbyć się festiwal – tysiące kabli, elektryka, przygotowanie do używania przez setki ludzi pól namiotowych i miejsc na warsztaty. To w ogóle nie było oczywiste. Miejsce przyciągało nas niesłychanie, ale było też groźne” – opowiada Słaboń.

Z Grzegorzem poznali się pod sceną w Wołowie, miejscowości gminnej, oddalonej o 20 kilometrów od Lubiąża. Zaczęli rozmawiać i szybko okazało się, że obu niezwykle bliski jest pewien etos działania w kulturze. Krzysiek opowiadał o Slocie, o tym, że kultura jest tu przestrzenią spotkania i praktykowania tego, co wydaje się wciąż największym wyzwaniem współczesnego chrześcijaństwa – głębokich relacji z ludźmi, dialogu społecznego, empatii, twórczości, rozwoju, wolności i miłości. Wiele lat później wartości te zostały nazwane i spisane,  tworząc slotowe DNA[13] – zestaw dystynktywnych wyróżników festiwalowej filozofii. Proste i organiczne, jak buberowskie Ja-Ty. Z perspektywy społeczno-kulturowej współczesności jakby utopijne, a przez to pobrzmiewające naiwnością. Ale i utęsknione.

Jeszcze tego samego dnia, po koncercie Grzegorz poznał Słabonia z najważniejszymi osobami w Wołowie i Lubiążu: spotkali się ze starostą, sołtysem, burmistrzem i prezesem Fundacji Lubiąż. Kiedy obaj wspominają ten dzień i kolejne następujące po nim tygodnie, to, choć trudno odtworzyć dokładną kolejność, jedno powtarza się jak refren: nieustanne spotkania, rozmowy, stopniowe budowanie zaufania, rozbrajanie dystansu. Potem przyszła pora na decyzję. Z nieukrywanym wzruszeniem Słaboń opowiada o tym, jak po skrupulatnie zdanych przez niego relacjach, w gronie Rady Slotu postanowili, że przez dwa tygodnie będą rozważać indywidualnie ten ryzykowny ruch. I wspomina, jak siedzieli wspólnie potem w górach, w kręgu, przy ognisku, tuż przed wypowiedzeniem swoich decyzji. „Wiedzieliśmy, że już nie będziemy dyskutować, każdy miał powiedzieć tak lub nie. Było w tym coś z atmosfery plemienia. Siedzieliśmy obok siebie i każdy mówił po kolei: tak, tak, tak, tak. Wiedzieliśmy, że robimy absolutnie szalony krok, który przekracza nasze możliwości i rozsądek. Ale wiedzieliśmy, że wchodzimy w to razem: zawodowo, życiowo, ludzko.”

W całej opowieści o początkach i o tym, jak Slot przeniósł się do Lubiąża najważniejszy jest szacunek i realne partnerstwo. „Nie zależało nam w Lubiążu na negocjacjach, ale na relacjach, na tym, żeby pokazać, coś w co naprawdę wierzyliśmy – że chcemy robić rzeczy razem, ze szanujemy to, co zastajemy na miejscu”. Myślenie to bardzo przypomina postulaty współczesnej etnografii, czy etnoanimacji – postawy, w której każdemu działaniu twórczemu ze społecznością towarzyszy chęć uważnego i głębokiego rozpoznania zastanego wzoru kultury, uznania jej wartości, potencjału, specyfiki i pełnoprawności[14]. „Zakorzeniając się w Lubiążu wiedzieliśmy od początku, że nie chcemy drenować i eksploatować, ale tworzyć coś, co dziś nazwalibyśmy tkanką łączną”.

Krzysztof Czyżewski, założyciel i twórca Ośrodka Pogranicze w Sejnach[15], jeden z obecnych przyjaciół i mentorów Slotu, pisze o społeczności, używając właśnie tej metafory, która pozwala przekroczyć prymat jednostki, pojedynczej odpowiedzialności, przymus poszukiwania wyjątkowych liderów, czy przywódców, tak charakterystyczny dla polskiego myślenia o kulturze. „Widziana przez okular mikroskopu (tkanka łączna) przypomina mapę prowincji o gęstej fakturze granic, rzek i dróg połączonych w sieć ogniskami splotu osobnych linii. Textus connectivus, tkanka łączna. Najbardziej zróżnicowana ze wszystkich tkanek. Wytwarza substancję międzykomórkową, budującą złącza, życiodajną. Pojedyncze włókna, luźno ułożone, osobne jak kreski Giacomettiego, nakładają się na grunt spoiwa, przez histologów nazywany istotą podstawową. To w niej zanurzone są komórki i włókna. Jest bezpostaciowa, wspólna dla wszystkich, wyłaniająca się u samego początku z mezenchymy, czyli tkanki łącznej zarodkowej, w której nie ma jeszcze włókien. Widziana przez teleskop nakierowany na Ziemię albo w Niebo tkanka łączna przypomina konstelację, społeczeństwo, wspólnotę. Widzimy same ogniwa, gwiazdy, kontynenty, państwa, ludzi. Nie widzimy istoty podstawowej”[16]. Chodzi więc o to, co pomiędzy: po pierwsze w samej wewnętrznej organizacji Slotu, który można by najlepiej opisać za pomocą modelu turkusowej organizacji –  władza jest tam zdecentralizowana, odpowiedzialność łączy się z inicjatywą, zaś hierarchia ustępuje miejsca horyzontalnemu rozdziałowi ról, dynamicznej rotacji zadań i dużej ilości czasu poświęconej na poznawanie się pracujących ze sobą ludzi[17].  Wbrew ekonomii czasu i terrorowi produktywności. Dziś, gdy festiwal ma swoją całkiem określoną strukturę, zaś cykl produkcyjny trwa niemal cały rok, wciąż wiemy, że bardziej zależy nam na tym, by się znać i poznawać, poświęcać czas na próbę rozumienia perspektywy tych, z którymi przygotowujemy festiwal, niż na szybkim i sprawnym załatwianiu spraw. Jednak tkanką łączną jest też to, co pomiędzy festiwalem a miejscowością. To tu weryfikuje się deklarowana otwartość i społeczne zaangażowanie.

Na początku gościny Slotu w Lubiążu najwięcej czasu Krzysztof oraz jego zespół poświęcali na zwyczajne bycie z ludźmi, poznawanie się, przekonywanie. „Drzwi od początku były lekko uchylone – wspomina – a wraz z upływem czasu zaczynały się powoli otwierać. To otwieranie oznaczało kolejne możliwości organizacyjne, ale i kolejne więzi oraz połączenia”. Dyrektorzy lokalnych instytucji: przedszkola, szkoły, szpitala psychiatrycznego, domu kultury decydowali się użyczyć przestrzeni i sprzętów. Zaprzyjaźnieni mieszkańcy zbierali narzędzia ogrodnicze i boom boxy i udostępniali je na warsztaty. Dzięki temu znajomi instruktorzy – animatorzy kultury, dotychczasowi uczestnicy Slotu, mogli poprowadzić warsztat z hip hopu, albo puścić podkład do treningu parkour. Do dziś zresztą w trakcie dni poprzedzających festiwal, gdy lista niezaspokojonych potrzeb zdecydowanie przerasta nasze możliwości organizacyjne, zwracamy się do mieszkańców Lubiąża. W ciągu kilku godzin znajdują się kowadła, grabie, piłki do siatkówki, a strażacy przyjeżdżają zdemontować gniazdo szerszeni, po czym spontanicznie proponują, że następnego dnia poprowadzą warsztaty dla dzieci.

Na myśl przychodzi filozofia barteru, obustronnej wymiany pozaekonomicznej, o której dużo pisał między innymi Eugenio Barba, twórca teatru Odin w północnej Danii. Odwołując się do swoich doświadczeń pracy w społecznościach, Barba podkreśla, że barter jest sytuacją upodmiatawiającą i pozwalającą przekroczyć hierarchie. Każdy coś wnosi, każdy jest autorem. W ten sposób możemy zbliżyć się, choć odrobinę, do modelu partycypacji, realnego podzielenia się tożsamością gospodarzy.[18]

Lokalna obecność Slotu oznacza nie tylko to, że korzystamy z infrastruktury klasztoru, jesteśmy klientami miejscowych sklepów, które zarabiają dzięki naszej obecności wielokrotność miesięcznego utargu oraz, że pożyczamy sprzęty, a w zamian rozdajemy karnety.

To także momenty – niezbyt liczne, ale bardzo niezwykłe – realnej współpracy i obecności festiwalu w życiu miejscowości. Dzieje się to na przykład wtedy, gdy prowadzący i uczestnicy warsztatów kuglarskich udają się na oddział zamknięty szpitala psychiatrycznego i zapraszają pacjentów do współdziałania. Henryk, prowadzący te akcje, zwykł mówić, że to „pokazywanie pozytywnej opcji życia”, prostej radości wspólnej zabawy. Nie ma tu pouczania, czy protekcjonalnego poczucia, że pomagamy. Jest bycie razem, choćby przez chwilę, choćby anonimowo. Albo inny przykład: na ścianie lokalnego sklepu powstaje mural zaprojektowany wspólnie z mieszkańcami, konsultowany z przechodniami. Nie jest on być może tak wysublimowany technicznie, jak wówczas, gdyby robił go sam prowadzący, jednak jego źródłem jest przyjemność projektowania grupowego, słuchanie lubiążan, którzy chcieli wyrazić swoje zdanie, przedstawić pomysły.

Festiwal to rzeczywistość niejednorodna. Naiwnością byłoby myślenie, że można realizować partycypacyjne wydarzenie i oczekiwać spójnego obrazu, jednego głosu płynącego zza murów klasztoru w kierunku społeczności. Slot to więc także głośne imprezy na terenie miejscowości, tysiące niedopałków, czy butelek po alkoholu i śmieci. To zwyczajnie sporo zamieszania, kłopotu, czasem niezręczności. Grzegorz Kucharczyk twierdzi jednak, że tym co pozwala przekroczyć potencjalne uprzedzenia, uwiarygodnia pozytywne deklaracje, są codzienne zetknięcia mieszkańców z ludźmi Slotu i okazja do rozmowy. „Przede wszystkim mieszkanie na kwaterach. Spotykanie się rano i wieczorem. Przecież slotowi ludzie korzystają od lat z domów lubiążan. Są różni, co czasem jest dla gospodarzy wyzwaniem, a czasem wielka z tego jest ekscytacja, gdy na przykład u starszej kobiety mieszka muzyk z Ameryki Południowej”. Gościnność okazuje się najlepszym lodołamaczem. Ma też wymiar ekonomiczny – festiwal co roku zostawia w Lubiążu sporo pieniędzy. To też jest rodzaj wymiany, w której – choć występuje w niej czynnik finansowy – chodzi jednak o przykładanie się do wspólnego celu.

Przestrzeń Lubiąża, ta monumentalna, wielka budowla klasztoru jest właściwie dobrą metaforą samego sedna festiwalu – budowanego przez grupę, przez społeczność. Przybyszów i mieszkańców, doświadczonych i żółtodziobów, ekspertów od tego jak być razem, którymi w toku festiwalu stajemy się wszyscy, choć właściwie nikt z nas w pojedynkę nim nie jest. Nie mamy złotych rad, ani tajemnej wiedzy. Ta lokalność nas przerasta i jednocześnie uwalnia do działania. Jest skarbem, ale i zaproszeniem do gry, czasem kłopotem i zawracaniem głowy. Czasem niekomfortowym ubraniem, które tym razem okazuje się za duże.

Niekiedy pojawiają się głosy – mniej lub bardziej nieśmiałe – że profanujemy to miejsce, że przecież to budynek o sakralnej historii. Jeśli profanację rozumieć tak, jak proponuje włoski filozof, Giorgio Agamben, jako prawo do używania[19], to owszem: to właśnie robimy. W dodatku chcemy tym prawem dzielić się hojnie. Myśl ta jest osią opowieści, którą Aleksandra Zając podsumowuje tegoroczny Slot. Tegoroczne święto, które może rezonować w codzienności.

W tym roku jedną z okołofestiwalowych opowieści była peerelowska tabliczka wisząca na bramie festiwalu: «Pozostaw to miejsce w takim stanie, w jakim chciałbyś je zastać.» Pierwotnie, w czasach kiedy powstało, pewnie miało to być strofujące hasło w stylu «Nie rób tego, co robisz» albo «Nie deptaj trawnika». 

Jednak ja widzę w nim potencjał zachętę, mobilizację do puszczenia wodzy wyobraźni, stworzenia indywidualnej wizji i jej realizowania. Żeby, będąc w jakimś miejscu, nie tylko biernie tam przebywać, nie tylko nie niszczyć go, ale nieustannie zastanawiać się, jakie ono mogłoby się stać, czego byśmy w nim chcieli, co moglibyśmy w nim zrobić, ulepszyć, stworzyć. Właśnie przez zadawanie sobie tego pytania: «W jakim stanie chciałabym zastać to miejsce?» «Co można by zrobić na tym trawniku?» I zanim je opuszczę, doprowadzić je do tego stanu.

Podczas Slot Art Festivalu ma to bardzo praktyczny wymiar. Począwszy od tego, że jako szefowie ekip i wolontariusze wchodzimy do tych pustych, barokowych sal, czasem przepięknych, a czasem bardzo zniszczonych i zaczynamy tworzyć. Jedna staje się kafejką, druga salą wykładową, inna galerią sztuki, jeszcze inna kinem. 

Ale też później, nawet jako uczestnicy wchodzimy do tych sal i widzimy, że gdzieś leżą śmieci, gdzieś odwiązał się sznurek, gdzieś trzeba ułożyć krzesła. I nie jesteśmy na to obojętni, pomagamy to wszystko jest nasze. Albo dodajemy coś twórczego od siebie czasem niematerialnego to, co tam powiemy, jacy będziemy dla innych.

Mamy nadzieję, że ten sposób myślenia i bycia jest zaraźliwy, że przećwiczony podczas kilku festiwalowych dni zostaje z nami na dłużej, tam gdzie jesteśmy w ciągu roku w pracy, w szkole, w tramwaju, w domu. Że mamy tę czujność, wyobraźnię i gotowość działania. 

Aby zmieniać miejsca na takie, jakie chcielibyśmy zastać.[20]

Kiedy po zakończonym festiwalu opuszczamy opactwo w Lubiążu, wówczas dopiero ma szansę realizować się lokalność, zapisana w nazwie SLOT. To lokalność rozsiana po całej Polsce, twórcze ośrodki, które nosimy w sobie. Czas świętowania się kończy i choć za nim tęsknimy, to jednak dobrze, że jest ograniczony. Communitas, nawet najpiękniejsza, najbardziej atrakcyjna, nie może trwać wiecznie. Wracamy więc do naszych miejsc, wierząc, że societas też można praktykować w duchu Ja-TY i w trybie D-I-Y. I choć nie wierzymy w społeczności idealne, to jednak próbujemy zmieniać je na takie, w których po prostu chcielibyśmy żyć.


[1] http://slot.art.pl/pl/festinfo/o-festiwalu, data dostępu 2.09.2018.
[2] Slot jest tworzony dzięki pracy ponad 1000 wolontariuszy i wolontariuszek każdego roku. Wolontaryjnie pracują wszystkie ekipy produkcyjne, administracyjne i programowe oraz szefowie ekip.
[3] W tym roku na festiwalu pojawiła się Strefa Dialogu, której współgospodarzem był „Tygodnik Powszechny”. Redaktorki i redaktorzy proponowali tematy debat, zapraszali gości, moderowali dyskusję.
[4] O amatorstwie na Slocie myślimy za Krzysztofem Czyżewskim, który pisał o “etosie amatora”, czyli postawie zaangażowania, pasji i żywotnego rozwoju refleksji w danym obszarze. Por. Krzysztof Czyżewski, Etos Amatora, [w:] „Scena” nr 4-5/ 2004.
[5] Pojęcia „różnoty” użyła Anna R. Burzyńska w tekście poświęconym pokoleniowemu doświadczeniu wspólnotowości w odniesieniu do wydarzeń z Marca ’68 roku, m.in protestów i manifestacji wokół spektaklu Dziady w reżyserii Kazimierza Dejmka. Por. http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/153870,druk.html, data dostępu: 8.09.2018.
[6] Aleksandra Koźmińska, materiały festiwalowe, Informator Slot Art. Festival 2017.
[7] Martin Buber, Between Man and Man, London-Glasgow, 1961, s.51.
[8] Tamże.
[9] Por. Victor Turner, Proces rytualny, przeł. Ewa Dżurak, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2010.
[10] Tamże.
[11] Wybitni teoretycy kultury piszący o przestrzeni, zwłaszcza ci, którzy odwołują się do marksowskich teorii społecznych, twierdzą, że każda przestrzeń jest konstruowana społecznie i politycznie, że jest ona rzeczywistością odbijającą relacje władzy, modele komunikacji, konstelacje wartości. Por. np. Henri Lefebvre, The Production of Space, Blackwell, 1992.
[12] Warto dodać słowo o chrześcijańskim kontekście festiwalu. Slot nie jest imprezą religijną, zaś za organizacją nie stoi żaden kościół, wspólnota ani związek wyznaniowy. Nie ma też żadnego ukrytego celu o charakterze propagandowym. Jednak większość organizatorów identyfikuje się z chrześcijaństwem (w różnym stopniu i w różnej formie) i wskazuje tę identyfikację jako jedną z inspiracji do działania w kulturze, a także poddawania refleksji społecznej odpowiedzialności wiary.
[13] http://slot.art.pl/pl/festinfo/dna
[14] Badania i działania Tomasza Rakowskiego oraz Kolektywu Terenowego wprowadzają pojęcie etnoanimacji. Etnoanimacja (animacja etnograficzna, etnograficznie zorientowana animacja kultury) to autorska metoda działania łącząca postawę etnograficzną z metodami animacyjnymi i artystycznymi, odwołująca się do koncepcji badań w działaniu, która narodziła się w trakcie warsztatu etnograficznego Tomasz Rakowskiego w Instytucie Kultury Polskiej UW. Metoda etnoanimacji systematycznie rozwijana jest przez Kolektyw Terenowy – zespół badaczy, animatorów kultury, twórców, a wcześniej uczestników warsztatu etnograficznego, którzy od 2005 roku działają na terenie południowego Mazowsza, we wsiach Ostałówek, Broniów, Zaława, Cukrówka, a obecnie także w jednej z dzielnic Lublina. [Zob. Tomasz Rakowski, Antropologiczne przesunięcie perspektywy i animacja kultury. Warsztaty badawcze, [w:] Lokalnie: animacja kultury/community arts, red. I. Kurz, IKP UW, Warszawa, 2008, s. 76-82 oraz Julia Biczysko, Agnieszka Pajączkowska, Agata Pietrzyk, Ostałówek. Miejsce wspólne. Projekt etnograficzny inspirowany doświadczeniami etnograficznymi, „Prace Etnograficzne UJ” nr 38, 2010, s. 105-112 oraz http://ck.lublin.pl/pl/kolektyw-terenowy/]. Zob. Etnografia/Animacja/ Sztuka. Nierozpoznane wymiary rozwoju kulturalnego, pod red. Tomasza Rakowskiego, Warszawa 2013.
[15] http://pogranicze.sejny.pl/
[16] Krzysztof Czyżewski, Miłosz. Tkanka łączna, Wydawnictwo Medeia, 2014.
[17] O turkusowym modelu organizacji pisze np. Frederic Laloux, [w:] Pracować inaczej. Nowatorski model organizacji. tł. Marek Konieczniak, Wydawnictwo Studio EMKA, Warszawa 2015.
[18] Por. Eugenio Barba, Teatr. Samotność, rzemiosło, bunt, tł. L.Kolankiewicz, G.Godlewski, Instytut Kultury Polskiej UW, Warszawa 2003.
[19] Por. Giorgio Agamben, Profanacje, tł. Mateusz Kwaterko, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2006.
[20] Aleksandra Koźmińska, materiały festiwalowe, http://slot.art.pl/pl/item/1124-rob-sloty, data dostępu 28.09.2018

Dorota Ogrodzka

Pedagożka teatru, reżyserka, animatorka kultury i badaczka teatru. Prezeska Stowarzyszenia Pedagogów Teatru, z którym prowadzi niezależne miejsce teatralne na warszawskiej Pradze: Lub/Lab oraz realizuje autorskie projekty artystyczno-społeczne i edukacyjne. Naukowo związana z Instytutem Kultury Polskiej UW, gdzie pisała doktorat i gdzie od 10 lat prowadzi zajęcia. Stale współpracuje z Instytutem Teatralnym i Krytyką Polityczną. Założycielka […]