Slot historie – Marcin Żyła

Festiwalowi towarzyszą dwie metafory – z jednej strony święto, wyjątkowy czas odpoczynku, moment ładowania baterii i jakiejś efemerycznej utopii. A z drugiej strony chcielibyśmy, żeby był to prototyp realnego miasteczka, taki symulator uruchamiający nam społeczne “mięśnie”, których na co dzień nie używamy. Która z tych metafor jest Ci bliższa?

Zdecydowanie ta druga. Symulator to świetna metafora, która zresztą nie wyklucza tej pierwszej – Slot to po prostu niesamowity czas, na który już teraz się cieszę. Właśnie tak: chyba z żadnej podróży w 2019 r. nie cieszę się tak bardzo jak z przyjazdu do Lubiąża – i z tych kilku dni rozmów i spotkań.

To będzie Twój trzeci raz w Lubiążu. Kiedy dwa lata temu wybierałeś się na SAF, co wiedziałeś, zanim tam dotarłeś?

To zabawne, bo miałem strzępy informacji. Oczywiście znałem Slot przez ludzi – Zuzę [Radzik] czy Martę Shaw, które w nim uczestniczyły i opowiadały o nim entuzjastycznie. Ostatnio nawet zastanawiałem się, jak to się w ogóle zaczęło i dlaczego akurat ja trafiłem na Slot z ramienia redakcji – czemu akurat ja? Bo należę do tych, którzy nie słyszały wcześniej o Slocie. Więc najpierw pojawili się zacni i fajni ludzie, których znałem.

Tacy ambasadorzy.

Tak. Potem ktoś opowiedział mi o tym festiwalu. To jest niesamowite w Slocie, że każdy o nim mówi zupełnie inaczej. Ja, gdy już muszę oficjalnie coś powiedzieć, przyjąłem formułę, że to jest największy w Polsce festiwal kultury alternatywnej. Ale każdy, kto brał w tym udział, używa innych słów. I ten, kto mi opowiedział, mówił o tym trochę jakby to był zlot hipisów, którzy spotkali się kiedyś dawno temu, i po latach, jak już nabrali doświadczenia i w ogóle przeżyli w normalnym świecie poza swoimi komunami, to wrócili i spotkali się jeszcze raz. Żeby się znowu pobawić, ale też wejść z tym całym swoim doświadczeniem życia ze świata, a nie tylko z utopii i marzeń.

I co się stało, kiedy dojechałeś na miejsce?

Na pierwszym Slocie byłem tylko niecałe trzy dni, przyjechaliśmy w piątek. Michał Kuźmiński prowadził jakieś warsztaty z kuchni, ja – spotkanie z Janką Ochojską. A przy okazji przyjechaliśmy też z Mają [Kuczmińską z redakcji Tygodnika Powszechnego], żeby zobaczyć, jak to wszystko wygląda. Pamiętam pierwszy moment, jak weszliśmy na teren festiwalu: przestraszyłem się trochę, bo pomyślałem, że to jest może za duży rodzaj odjazdu.

W sensie – nie twój.

Tak. Mam w sobie zaszczepioną obawę i niechęć do wszelkiego rodzaju sekciarstwa. To był dosłownie przebłysk, kiedy pomyślałem: rany, czy to nie jest trochę w tym kierunku? To się skończyło po 15 minutach.

Co ją rozwiało?

Wy ją rozwialiście. Ludzie ją rozwiali. Na miejscu wszystko wygląda inaczej. Ale kiedy opowiada się o Slocie komuś, kto festiwalu nie zna, to ta osoba też może pomyśleć, że nie jesteś już obiektywny, jesteś już w środku.

Ale strasznie się cieszę, że Slot jest jak najdalej od pójścia w stronę czegoś, co może przynajmniej częściowo być sekciarskie, zamknięte w sobie, mielone tylko między swoimi. To było takie pierwsze, sekundowe wrażenie. A kolejne dni przyniosły odczucie po prostu kosmicznego spotkania. Bycia trochę na Dżami al-Fana – największym placu Marrakeszu, gdzie są opowiadacze baśni, zaklinacze węży…

…i kuglarze…

…a trochę na swoim Rynku w Krakowie. Jak wyjeżdżaliśmy w niedzielę, to pamiętam, że już byłem przekonany. I wtedy sobie pomyśleliśmy o takim naszym namiociku, który można by postawić za rok.

A kiedy myślisz o własnym opisie, który nie miałby być zapożyczony od nas, to co byś powiedział? Co to jest Slot Art Festival?

Chyba – bezpieczna przestrzeń. Taka bezpieczna, swojska przestrzeń. Również przestrzeń przekraczania, czyli chodzenia na warsztaty czy na wykłady, na które w mieście nigdy by się nie poszło, a tam z jakichś przyczyn się trafia. I przestrzeń uwagi w rozmowach z ludźmi, którzy podchodzą po spotkaniu albo po prostu, kiedy stoisz w kolejce do prysznica. Kiedy ludzie tam rozmawiają, to nie rozpraszają ich smartfony – i te prawdziwe, i te w przenośni. Po prostu patrzą na Ciebie i słuchają. Bardzo dużo osób, zwłaszcza tych, którzy nie przyjechali pierwszy raz, już wie, po co tam są. I w związku z tym zadają trochę inne pytania, kiedy chcą się czegoś dowiedzieć. Nawet człowiek, który trafia pierwszy raz, ale jest od samego początku, pod koniec już bardziej wie.

Podoba mi się też podział przestrzeni na Slocie. Jest parę pól namiotowych, są różne drogi dojścia – to powoduje, że wszystko się miesza. Że to taki trochę kontrolowany chaos, ciągle na zasadzie “zasiedlenia” tego klasztoru. Niech każdy sobie znajdzie swoje miejsce, które mu na te parę dni odpowiada, jeśli nie będzie przeszkadzał innym. To jest taka szkoła wolności. Może to w ogóle jest rodzaj pięknej komuny, wyzbytej naiwności.

Czy to jest to dla ciebie z czymś porównywalne? Pasuje do jakiejś kategorii wydarzenia, zjawiska, które znasz?

Ja nie widzę takiej bezpośredniej analogii. Biorąc pod uwagę skalę, jest to chyba jedyna taka impreza, którą znam.

Ale pamiętam to uczucie, kiedy pierwszy raz wracaliśmy ze Slotu – ono mi czasem towarzyszyło też po różnego rodzaju szczególnie fajnych, kilkudniowych warsztatach. One mają swoją dynamikę – na początku robisz zabawy i gry, żeby się zintegrować z grupą, zakładasz wszystkim czerwone noski, żeby nie byli poważni itd. I to oczywiście jest trochę sztuczne wzmacnianie, ale w rezultacie po tych dniach, oprócz samego szkolenia, czujesz też, że byłeś w fajnej grupie. Tylko potem przychodzi pytanie, czy to nie była taka grupa, która cię bombardowała miłością zadaną – czy to nie było wszczepione na potrzeby szkolenia.

A w Slocie też przez 5 dni jestem bombardowany miłością – natomiast mam wrażenie, że to jest miłość prawdziwa. Że to jest jakaś prawdziwa emocja.

A co mogłoby sprawić, że ostatniego dnia festiwalu nie powiemy: ech, to teraz wracam do szarej rzeczywistości, przemęczyć się z tymi ludźmi, którzy nie są tacy jak na slocie, w tej rzeczywistości, która nie będzie taka, jak na slocie. Jak stać się zarzewiem slotu tam, gdzie się wróci?

Ja mam poczucie naturalnego przejścia. Mało tego, mam kontakt z ludźmi poznanymi na festiwalu – bardzo różnymi. To jest kontakt mailowy, ale dość częsty. I mam takie wrażenie, że oni są na Slocie na co dzień.

To jest taki sposób bycia, który zostaje?

On jest zaraźliwy. Na festiwalu można to złożyć na karb skali, momentu święta…

Warsztatowego uniesienia.

Właśnie takiego, które potem pada i zaczynasz się zastanawiać, czy było prawdziwe. Ale tutaj ono zostaje. Oczywiście siłą rzeczy pada euforia, bo każdy wraca do rodzin, pracy itd. – ale nie ma takiego poczucia, że to było nieprawdziwe. A jeśli w emocjach działasz szczerze, to one są zaraźliwe. Ja jestem przekonany, że ubocznym efektem działania Slotu jest właściwie taka niewidoczna szkoła liderów, którzy wychodzą z tego festiwalu. Nawet jeśli nie biorą w nim udziału jako organizatorzy czy nie prowadzą spotkań, tylko po prostu przychodzą i czerpią z tego wszystkiego. To oni potem w dużej mierze szczepią innych ludzi w tramwajach.

Jak tak sobie myślę o Slocie – w kontekście tych wszystkich zawirowań politycznych, podziałów, kwestii populizmu, fejkowości wielu rzeczy w sferze publicznej – czy to w ogóle nie jest taki czas “wzlotu Slotu”? O ile w latach 90. służył on rozwojowi i integracji, ale takie imprezy były jednak w dużej mierze zabawą, to czy dzisiaj nie są po prostu cholernie potrzebne dla świata wokół?

Czy zatem “slot przez cały rok” to jest coś, co potoczy się samo, czy powinniśmy to animować? Może nasze zadanie kończy się na zrobieniu tego święta, ładowania baterii, spotkania, a potem ludzie się rozejdą i poradzą sobie sami. Czym taki “slot przez cały rok” mógłby być, co mogłoby mu służyć w ciągu roku?

To chyba musi pozostać trochę takie jednorazowe święto, bo też właśnie w tym jest siła, że się czeka na ten moment i w związku z tym wszyscy rzucają wszystko i przyjeżdżają. Jeśli jest chęć do działania i potencjał, to grzechem jest nie korzystać z tego, ale trzeba strasznie uważać na przebodźcowanie. Jak regularnie zaczynasz próbować robić coś takiego samego, to może się okazać, że to już tak nie działa fajnie i cała idea trochę siada. Traci się siłę wyjątkowości.

Czyli dawkowanie ma znaczenie? Żeby to nie był narkotyk, tylko lekarstwo.

A to nie jest po prostu tak, że wokół Slotu na lokalnych terenach, w miastach, tworzą się jakieś relacje koleżeńskie, przyjacielskie, które same sobie są już ważne? Na slocie jest też mnóstwo rzeczy “prywatno-rozwojowych”. Zaczynasz przemyśliwać o sobie. Mimo zgiełku, hałasu, niewyspania, namiotów, pryszniców, to nie wiem czy to nie był w ogóle najlepszy czas w ubiegłym roku, żeby pomyśleć o sobie. Abstrahując od samego festiwalu czy jego programu. Tylko o tym, kim jestem.

Takie zatrzymanie się, moment – jakkolwiek to słowo kojarzymy – rekolekcji? Być może powinniśmy zwrócić na to uwagę i powiedzieć, że to nie marzenie o kolejnym “mini-slocie” jest kluczowe, tylko zadbanie o to, co nam realnie zostało. Refleksje i relacje, które możemy pielęgnować właśnie w codzienności.

Zastanawiam się natomiast, czy nie można by jakoś podkręcić działań, które by powodowały, że ludzie czują się jakoś bardziej przynależni?

Co mogłoby być takim naturalnym elementem identyfikacji slotowej tożsamości? Wydawanie legitymacji członkowskich? Jakiś “opornik w klapie”?

Nie, na pewno nie legitymacji. Może miło byłoby mijać na ulicy nieznane osoby i puszczać im oko, ale nie o to chodzi w Slocie, żeby się rozpoznawać, tylko właśnie nie wiedzieć, kto był, a kto nie. Może kiedyś dożyjemy dnia, że prawie wszyscy Polacy będą na slocie i ten kraj się zmieni?

Albo Slot się zmieni…

Na pewno nie chodzi o te oporniki w klapach, ani o koszulki, ani o logo – nic z tych rzeczy. Wiesz, ja czuję, że należę do Slotu. Częściowo też przez to, że mnie zaprosiliście do współpracy. Więc to może jest raczej pytanie, które należałoby zadać osobom przyjeżdżającym jako uczestnicy, co robią z tym poczuciem? Być może jest tak, że euforia opada i oni zapominają?

Znamy ludzi, którzy chcieli podpisać deklarację członkowską i naprawdę czuli, że to jest jakiś symboliczny moment. A z drugiej strony większość, jak słyszy o tych legitymacjach, to się krzywi.

Taka deklaracja członkowska to nie jest nic złego, jeśli w ślad za tym nie pójdą żadne przywileje, które by miały kogoś takiego wyróżniać. To jest trochę tak jak w parafii czy każdej innej wspólnocie. Takiej wyśnionej, fajnej parafii, do której nigdy w życiu chyba nie trafiłem. Czy małym szwedzkim osiedlu gdzieś pod lasem, gdzie ludzie czują się odpowiedzialni za to, co stworzyli w jakiejś przestrzeni. I jest zupełnie naturalne, że dają na to pieniądze i biorą w tym udział. Nawet jeśli dostają za to jakiś kwit, to on zupełnie nie jest ważny. I nie jest ważne potem, kto płacił, a kto nie. To wzmacnia poczucie przynależności, ale na zasadzie dobrowolnej i nie różnicującej. Myślę, że to wręcz mogło by łagodzić taki niepokój – absolutnie nie wykluczając działania – że może jednak robisz za mało, że nie zawsze masz czas.

Czyli to jakaś dodatkowa formuła zaangażowania, niezależna od tego, jak bardzo w danym momencie możesz pracować w społeczności?

Wspólnota jest u nas bardzo często kojarzona albo romantycznie, albo ad hoc, jako zryw. A to jest taka pragmatyczna wizja wspólnoty zaangażowanej. I też nie wstydzącej się, że elementem tego wszystkiego są pieniądze i finanse.

Wygląda na to, że ten “slot przez cały rok” jest żywy, pomimo że festiwal to jednak zryw, event, moment.  A jednak w tle ma ciągłość i daje poczucie przynależności. Być może ma na to wpływ 27 lat wytrwałości tworzących go ludzi, ale jest to też fenomen, że jednak wielu z nich nie traktuje go punktowo.

Nie wiem, czy mogę tak powiedzieć po zaledwie jednym pełnym festiwalu, na którym byłem, ale – tak, Slot stał się częścią mojej tożsamości.

Często słyszymy to od ludzi, którzy przyjeżdżali na Slot pierwszy raz mając kilkanaście lat i Slot stawał się dla nich jednym ze źródeł właśnie na tym etapie, kiedy swoją tożsamość kształtowali. To ciekawe, że mówisz o tym Ty – właściwie dojrzały i ukształtowany. A jednak była w Tobie jakaś luka, której nic wcześniej nie wypełniło – dopiero Slot.

Być może ja sobie zawsze ten Slot po kawałku wyobrażałem – jeszcze nie wiedząc, że on istnieje. Jak taki wymarzony kraj, w którym chciałbym mieszkać.

Jego obywateli czasem z radością spotyka się “na obczyźnie” – w codzienności.

Ale nie jest to państwo podziemne ani utopijne. Ono naprawdę może istnieć! A może Slot jest w ogóle jakąś taką szafą, przez którą się przechodzi, żeby zobaczyć, jaka Polska może być? Bo w takich trudniejszych czasach, w których teraz jesteśmy, ja po prostu wracam ze Slotu z nadzieją. I to taką nadzieją obywatelską, relacyjną. Że może jeszcze nie wszystko stracone i że można normalnie w tym kraju żyć – nie tylko na jakichś warsztatach, ale też po prostu, w tramwaju. Że może być lepiej.

Czyli co, czyli się widzimy w lipcu?

Dziewiątego, tak?

Dziewiątego.

Przyjadę wcześniej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *